7 gości i 0 użytkowników
Już 5 i 6 sierpnia wyruszają na szlak warszawskie piesze pielgrzymki na Jasną Górę. W tym roku będzie można śledzić wędrówkę pątników na Wirtualnej Mapie Pielgrzymek Opoki i Plusa. Uczestnicy mogą także zapisywać się na e-Liście Pielgrzymów, wysyłać tam MMSy i zdjęcia z aparatów fotograficznych. Zapraszamy na stronę e-Pielgrzymka.pl!
Popularność ubiegłorocznej Wirtualnej Mapy Pielgrzymek skłoniła Fundację „Opoka” do kolejnego kroku – założenia strony e-Pielgrzymka.pl. Jest to społecznościowy serwis wszystkich wybierających się na pątniczy jasnogórski szlak. Wśród nich są oczywiście również pielgrzymki warszawskie: 28. Warszawska Akademicka Pielgrzymka Metropolitalna, Warszawska Piesza Pielgrzymka Akademicka Grup "17", Piesza Praska Pielgrzymka Rodzin Totus Tuus i 17. Piesza Pielgrzymka Niepełnosprawnych "Jesteśmy". 16 sierpnia wyrusza zaś XXV Praska Pielgrzymka Piesza Pomocników Maryi Matki Kościoła. Na e-Listę Pielgrzymów mogą również od 5 sierpnia wpisywać się pątnicy oraz „pielgrzymi duchowi” z 297. Warszawskiej Pielgrzymki Pieszej, która w tym roku w projekcie Wirtualnej Mapy nie uczestniczy.
E-Pielgrzymka zawiera wakacyjny hit roku ubiegłego – Wirtualną Mapę Pielgrzymek, na której w czasie rzeczywistym można obserwować marsz danej grupy pątników. Mapa jest znakomitą informacją dla wszystkich, którzy chcą na trasie odwiedzić pielgrzymów, a także pomocą dla mediów, kierowców i wszelkich służb zaopatrujących pielgrzymki w żywność i napoje. Serwis pielgrzymkowy Opoki to także Informator Pielgrzymkowy, galerie MMS-ów oraz fotografii wykonanych przez użytkowników strony, oraz e-Lista pielgrzymów, która zapoczątkuje serwis społecznościowy e-Pielgrzymka.pl. Po powrocie z pielgrzymki, uczestnicy będą mogli wymieniać się tam swoimi wrażeniami, komentarzami i fotografiami.
W czasie wędrówki pątnicy będą mogli wysyłać MMS-y do specjalnie przygotowanej galerii powstającej w trakcie pielgrzymki, adresując ją pod odpowiedni dla każdej numer - dla Warszawskiej Akademickiej Pielgrzymki Metropolitalnej na Jasną Górę: 607 885 982; dla Warszawskiej Pieszej Pielgrzymki Akademickiej Grup „17”: 607 884 591; dla Pieszej Praskiej Pielgrzymki Rodzin Totus Tuus: 607 886 289; dla 17. Pieszej Pielgrzymki Niepełnosprawnych „Jesteśmy”: 607 886 360. Pątnicy XXV Praskiej Pielgrzymki Pieszej Pomocników Maryi Matki Kościoła mogą zaś przysyłać MMSy pod numer 607 886 732. Galerie fotografii cyfrowych redagowane będą przez członków społecznościowego serwisu po pielgrzymce, jako swego rodzaju podsumowanie najważniejszych wydarzeń.
Informator Pielgrzymkowy zawiera trasy wędrówki poszczególnych grup, terminy i miejsca zapisu, historię i opis danej pielgrzymki. W tym roku we wspólnym przedsięwzięciu sieci PLUS i „Opoki” weźmie udział 31 pielgrzymek – o połowę więcej niż w ubiegłym. Grupy, które dotąd nie znalazły się w informatorze, mogą jeszcze zgłosić się, wysyłając dane na adres: pielgrzymki@opoka.org.pl.
Społecznościowy serwis pielgrzymkowy powstaje po to, by pątnicy mogli się poznać jeszcze przed pielgrzymką; jest też zachętą do wzięcia udziału w pielgrzymce – podkreśla Krzysztof Piądłowski, odpowiedzialny w „Opoce” za witrynę e-Pielgrzymki.pl. – Choć miałam nie pójść na pielgrzymkę w tym roku, zapisałam się, żeby sprawdzić, jak działa e-Lista. Chyba w ten sposób zadziałał Pan Bóg, bo skoro już się zapisałam w wirtualnie, to pójdę i w realu – napisała w mailu do „Opoki” osoba, która jako jedna z pierwszych wpisała się na e-Listę pątników.
Z badań SMG/KRC na zlecenie firmy D-Link wynika, że z serwisów społecznościowych korzysta 31% Polaków, a ponad połowa wie o istnieniu tego typu witryn; 46% ankietowanych informacje redagowane w ramach w internetowego dziennikarstwa obywatelskiego uznaje za najciekawsze.
E-Lista Pielgrzymów działa od początku lipca, a Wirtualna Mapa Pielgrzymek została aktywowana 21 lipca, wraz z wyruszeniem na szlak pierwszej uczestniczącej w projekcie pielgrzymki. W roku ubiegłym tworzony wraz z siecią PLUS serwis miał 620 tys. odsłon.
kp, jk/Opoka

Kotwica Polski Walczącej
na Wybrzeżu Powstania Warszawskiego

dr inż Piotr Barnaba Krasnodębski
Ale w osobie dra Krasnodębskiego żegnamy dzisiaj nie tylko naukowca, żegnamy też człowieka, który bez reszty pokochał Milanówek i podobnie jak jego dziadek również Piotr i jak ojciec - Miron - starał mu się służyć jak najlepiej.
Pochodził z patriotycznej, wielce zasłużonej dla Polski i Milanówka rodziny, która działała dla dobra polskiej kultury, nauki i wnosiła swój wkład w walkę o niepodległość. Willa Krasnodębskich przy ul. Literackiej 7, od chwili wybudowania (a powstawała jako jedna z pierwszych w Milanówku - w latach 1909-1913), zwana powszechnie „Mironówką” (to na cześć syna Mirona), była świadkiem wielu wydarzeń.
Jego dziadek również Piotr, utalentowany artysta malarz, grafik, długoletni członek warszawskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych „Zachęta” i związku artystów „Pro Arte”, brał czynny udział w miejscowym życiu społecznym zwłaszcza w pierwszym okresie rozwoju naszej miejscowości. Był przewodniczącym Komitetu Obywatelskiego w Milanówku w 1914 r. – pierwszej władzy odradzającej się Polski - był radnym gminy w latach 1919-1927, działał w Komitetach Obrony Państwa (1920) i milanowskiego Towarzystwa Gimnazjum (1919-1923). Uczestniczył w wojnie 1920 roku broniąc Warszawę przed bolszewikami. Szeregowiec ochotnik Piotr Krasnodębski - otrzymał osobisty list od gen. Hallera z 11 października 1920 r. z wyrazami uznania „za pracę ochotniczą, pełnioną w zrozumieniu obowiązku służby ku chwale Ojczyzny”.
W okresie międzywojennym za symboliczną złotówkę podarował gminie Letnisko Milanówek skwer przy skrzyżowaniu ul. Piasta Kołodzieja i Dworskiej, obecnie Piasta i Kościuszki (na którym znajduje się Pomnik Bohaterów). Podarował również miejscowej parafii namalowany przez siebie obraz patronki - św. Jadwigi.
Ojciec Zmarłego Miron ukończył gimnazjum w Milanówku w 1924 r. w grupie pierwszego rocznika maturzystów a następnie studia na wydziale chemii Uniwersytetu Warszawskiego (1933). Specjalizował się w zakresie chemicznej obróbki jedwabiu naturalnego oraz metod produkcji kosmetyków zawierających składniki pozyskiwane z ubocznych produktów przerobu jedwabiu. Od 1931 r. do 1945 r. pracował w Centralnej Doświadczalnej Stacji Jedwabniczej w Milanówku m.in. jako kierownik laboratorium. O jego osiągnięciach można by opowiadać wiele. Był bowiem znawcą technologii jedwabiu na skalę międzynarodową. Prowadził wykłady na te tematy na uczelniach krajowych i zagranicznych, był autorem wielu prac naukowych i podręczników akademickich.
Zmarły przed kilkoma dniami jego syn – Piotr – chciał, i podkreślał to w kilku rozmowach ze mną, by w pamięci milanowian utrwalić obraz ojca jako lokalnego społecznika i człowieka, który wniósł niemały wkład w walkę z hitlerowskim okupantem. Warto więc przynajmniej w tej chwili spełnić wolę Zmarłego i przypomnieć, że prof. Miron Krasnodębski idąc w ślady swojego ojca był radnym gminy Milanówek w latach 1934-1939. W czasie okupacji był członkiem ugrupowania AK „Bażant”. Wsławił się produkcją piorunianu rtęci, detonatora do produkcji spłonek do granatów (1942-44). Próbną serię niebezpiecznej produkcji piorunianu rozpoczął w swoim domu przy ul. Literackiej. Później, już na szerszą skalę, piorunian rtęci produkowano w laboratorium Centralnej Doświadczalnej Stacji Jedwabniczej, którego był kierownikiem, za zgodą właścicieli Stacji, rodzeństwa Witaczków, poinformowanych ogólnikowo o „trefnej” produkcji. Teraz, gdy obchodzimy kolejną rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego warto podkreślić, iż piorunian rtęci Mirona Krasnodębskiego – o czym informują podręczniki historii II wojny światowej – dostarczony powstańcom dobrze służył im w walce Niemcami. Niestety Zmarły nie doczekał się już mojego artykułu o Mironie, którzy ukaże się w najbliższej książce o Milanówku.
Po zamieszkaniu na stałe w Milanówku w domu swoich przodków dr Piotr Krasnodębski poświęcał mu każda wolną chwilę adaptując go do potrzeb nowoczesnego życia. W tych pracach wykonywanych z wielką pasją wykazał się rozlicznymi talentami, zwłaszcza w dziedzinie obróbki drewna. Spod jego ręki wyszło wiele sprzętów domowych, jak stoły czy krzesła i urządzeń, jak np. opiekacz do chleba.
Należy podkreślić, iż kochał Milanówek, o którym mógł godzinami opowiadać przy każdych kolejnych odwiedzinach w jego domu. Rozkładał wówczas na stole dokumenty, liczne zdjęcia, ożywiał się i długo snuł opowieści o dziadku i ojcu z których był niezwykle dumny. A sam dom, z uwagi na zgromadzone w nim liczne pamiątki, dzieła sztuki, piękne obrazy dziadka z imponującym obrazem króla Stefana Batorego – przypominał bardziej muzeum czy galerię sztuki niż dom mieszkalny. Z rozmów z nim można było odnieść wrażenie, że był niezwykle przyjazny, pomocny, życzliwy dla ludzi.
Kiedy niedawno spotkaliśmy się przed księgarnią w centrum Milanówka, pytał mnie o dalsze plany wydawnicze związane z naszym miastem, o działalność Tow. Miłośników Milanówka. Formalnie nigdy nie był jego członkiem, tak się jakoś złożyło, ale wspierał Towarzystwo udostępniając materiały ze swojego archiwum, konsultując nazwiska i daty. Pamiętamy jak się cieszył z albumu fotograficznego „Letnisko Milanówek”, w którym poza zdjęciami dziadka i ojca znalazł na wewnętrznej stronie tytułowej piękne zdjęcie swojej babci Anny. Mimo smutku, który towarzyszy pożegnaniu, nadal mam w pamięci wizerunek Piotra Krasnodębskiego oglądającego album i jego szeroko otwarte usta w radosnym zdumieniu, gdy ujrzał swoją babcię.
Panie Piotrze, żegnając Pana pragniemy zapewnić, że dorobek Pana i Pana Rodziny pozostanie w pamięci naszej, podobnie jak i Pańska prawość i zalety ducha, którymi jednał Pan sobie w całym swoim życiu serca wszystkich, którzy Pana znali. Spoczywaj w pokoju!

Zbigniew Kamiński, pseudonim „Złamaniec”.
Urodził się 15 stycznia 1926 r. w Warszawie.
Harcerz Plutonu 227 – autor książki, która powstała
na podstawie relacji z Powstania Warszawskiego
widzianych oczyma pisanych przez członków Plutonu 227

I strona okładki książki, która została wydana w Milanówku przez wydawnictwo "AWH Bożena"
Andrzej Pettyn: Kiedy Pana rodzina trafiła do Milanówka?
Zbigniew Kamiński: Moja rodzina związała się z Milanówkiem jeszcze przed II wojną światową. Mieszkaliśmy wtedy w samym centrum w Warszawie róg Marszałkowskiej i Wilczej, ale ojciec z matką doszli do wniosku, że warto kupić jakąś parcelę poza miastem, aby wolne chwile spędzać w ciszy i spokoju. Kupili więc w 1937 roku od rodziny Figaczów plac w Milanówku i postawili na nim dom „nibyletniskowy”, ale faktycznie można w nim było mieszkać przez cały rok. W pamięci utkwiły mi wakacje w 1938 r., kiedy wiele czasu spędziliśmy przy wykańczaniu domu. Pracowaliśmy z rodzicami pomagając i wykonując różne prace budowlane.
Czy pamięta Pan co zadecydowało o wyborze Milanówka?
- Myślę, że pewien wpływ na wybór Milanówka i postawienie tu domu miał fakt, że mieszkał tu brat mojej matki, a więc były kontakty rodzinne, a ponadto rodzicom spodobała się ta miejscowość, coś ich tu zafascynowało, może ten idealny spokój, piękna przyroda. Na stałe mieszkaliśmy jednak w Warszawie, tu bywaliśmy tylko w okresie lata i w niedziele.
Dom Wasz powstał wiec tuż przed wybuchem wojny?
- Tak, dokładnie. Pamiętam, że w 1939 r. przebywaliśmy w Milanówku dłużej, ale kiedy w sierpniu owego roku ojca powołano do wojska, skróciliśmy pobyt i pojechaliśmy do Warszawy nie zdając sobie sprawy, że wojna jest aż tak blisko.
Czy nie lepiej więc było zostać w Milanówku?
- Proponowano matce by została z nami w Milanówku uzasadniając to tym, że w takiej małej miejscowości w przypadku wybuchu wojny będzie bezpieczniej, ale zwyciężył pogląd, że to właśnie w mieście będzie lepiej, co nie do końca okazało się dobre. Zostawiliśmy wtedy dom pod opieką pani Wojtyniakowej, wdowy z trojgiem dzieci i pojechaliśmy do Warszawy. W czasie okupacji przez cały czas mieszkaliśmy w śródmieściu Warszawy, rodzice pracowali, ja chodziłem do szkoły. Po skończeniu szkoły im. Konarskiego w 1943 r., szkoła miała profil mechaniczny (na taką naukę Niemcy pozwalali), skierowano nas wszystkich – absolwentów szkoły - do pracy na Okęciu. Absolwenci szkoły im. Konarskiego pracowali w zapleczu technicznym lotniska Okęcie przy drobnych naprawach wyposażenia samolotów oraz samych płatowców. Okęcie było w tym czasie lotniskiem wojskowym. Mnie udało się znaleźć inne zatrudnienie.
Obowiązywały nakazy pracy, jak więc udało się Panu tego uniknąć?
- Mój ojciec był krawcem w Warszawie, a wiec miał klientelę z terenu stolicy. Jednym z klientów ojca jeszcze sprzed wojny był Polak inżynier Jenike, współwłaściciel firmy Bracia Jenike Wytwórnia Wind i Dźwigów przy ul. Podskarbińskiej na Grochowie. Niemcy zajęli im halę produkcyjną i zorganizowali w niej naprawę samochodów dla wojska na prawach zakładu zbrojeniowego. Właśnie ten Jenike załatwił mi zatrudnienie w swojej firmie w charakterze pomocnika montera podwoziowego przy remoncie samochodów. Tam pracowałem aż do wybuchu Powstania. W tym czasie, a nawet nieco wcześniej, bo w 1942 r. wstąpiłem do Szarych Szeregów.
Powiedział Pan, że Pan wstąpił, jakby to było tak bardzo proste…
- Do konspiracji rzeczywiście wstąpiłem, ale to trochę trwało, wciągnął mnie mój przedwojenny zastępowy z ZHP, z przedwojennej 99 Warszawskiej Drużyny Harcerzy im. księcia Jeremiego Korybut-Wisniowieckiego.
Dla współczesnej młodzieży to już odległe czasy, może wiec zechce Pan opowiedzieć, jak wyglądały w czasie okupacji wasze harcerskie spotkania, zbiórki…?
- Oczywiście złożyliśmy przysięgę na przyniesiony przez drużynowego sztandar. Szkolenie prowadzone było wg programu Szarych Szeregów „Dziś, Jutro, Pojutrze”. Szkolenie na „Dziś” – to konspiracja i przygotowanie się do walki jawnej, „Jutro” – to okres walki jawnej, „Jutro” – to okres walki jawnej zaś „Pojutrze” to okres powojennej odbudowy kraju. Najważniejszą dla nas sprawą było to, że zaczęliśmy szkolenie wojskowe. Na to wszyscy czekali. Były to na początku zajęcia teoretyczne, a więc szkolenie z terenoznawstwa polegające na posługiwaniu się busolą i mapą oraz robienie szkiców. Przedstawiano korzyści płynące z doskonałej znajomości topografii miasta i umiejętnego poruszania się po mieście. W terenie odbywały się ćwiczenia z korzystania ze zrobionych przez siebie szkiców. Sporządzano również szkice marszowe dotyczące obszaru poza miastem. Naukę taktyki walk w mieście i w polu przeprowadzano na makietach. Najbardziej nudną częścią tego szkolenia były podstawy służby garnizonowej oraz musztra indywidualna i zbiorowa w niezbędnym zakresie.
Od początku 1944 roku rozpoczęło się szkolenie w zakresie budowy, obsługi i posługiwania się bronią. Odbywało się szkolenie na najbardziej popularnej broni, takiej jak karabin typu Mauser, pistolet maszynowy Sten i Szmajser; pistolety automatyczne Kolt, Parabellum, Vis oraz granaty zaczepne i obronne. Rozpoczęło się również szkolenie w terenie. Jeździliśmy do lasów skierniewickich i do Świdra.
Czy spotkania, zbiórki sprowadzały się wyłącznie do udziału w szkoleniach wojskowych?
- Obok szkolenia wojskowego prowadzona była normalna praca harcerska. Szykowaliśmy się do zdobywania wyższych stopni harcerskich, jak również sprawności, które mogły być przydatne w czasie powstania. Na takich harcerskich zbiórkach nie było „wojska", za to były kominki i gawędy oraz ciche śpiewanie przedwojennych piosenek harcerskich jak i aktualnych konspiracyjnych.
Poza szkoleniem wojskowym i harcerskim nasz zastęp brał udział w różnego rodzaju akcjach takich jak: naklejanie na murach afiszy informujących mieszkańców Warszawy o aktualnych sprawach, podrzucanie ulotek, prowadzenie wywiadu (obserwacja ulic) itp. Zajmowano się również kolportażem prasy konspiracyjnej.
Nadszedł 1 sierpnia i moment koncentracji, gdzie Pan się znalazł w wyniku przydziału? Ile Pan miał wtedy lat, gdy wybuchło Powstanie?
- Miałem wtedy prawie 19 lat. Znalazłem się w obwodzie „Żywiciel” w zgrupowaniu „Żyrafa”, w plutonie harcerskim 227 na Żoliborzu. Początkowo mieliśmy stanowić pluton osłony dowództwa Żoliborza, ale „Żywiciel” – ppłk. Mieczysław Niedzielski - powiedział, że on nie musi mieć specjalnej osłony. Ponieważ załoga na Żoliborzu nie była zbyt liczna, więc skierowano nas do walki liniowej.
W czasie walk w przedostatnim dniu Powstania zostałem ranny, dostałem się do szpitala powstańczego na Żoliborzu i kiedy Niemcy zajęli ten szpital, to zaczęli natychmiast przeprowadzać ewakuację. Osoby o zdrowych nogach zostały zmuszone do ewakuacji pieszo pod eskortą. Inne rany powyżej nóg Niemców nie interesowały, ważne było by ranny mógł przemieszczać się na własnych nogach. Ja byłem ranny w lewy bark, miałem fatalnie roztrzaskany bark (zresztą po dzień dzisiejszy nie mogę normalnie poruszać ręką, bo bark jest całkowicie zniszczony), więc mnie zakwalifikowali do wymarszu. Popędzili nas z Żoliborza pieszo do Pionierparku na Powązkach, a stamtąd samochodami przewieziono nas do Pruszkowa, gdzie znajdował się obóz przejściowy. Niemcy zastali mnie rannego w szpitalu wojskowym, dlatego też traktowano mnie jak jeńca wojennego.
W Pruszkowie trafiliśmy do dwóch wielkich hal warsztatów naprawy taboru kolejowego na Żbikowie (nr 7 i 8), gdzie mieścił się tzw. Dulag. W jednej z hal trzymano zdrowych, a w drugiej rannych. Obie hale były przepełnione rannymi.
Jak się Panu udało wydostać stamtąd?
- Zdrowych wywieźli do obozu jenieckiego, nas – rannych - chwilowo zatrzymali. Cały mój pobyt w Pruszkowie trwał pięć dni. Mnie również groziło wywiezienie do obozu, ale szczęśliwym trafem w końcowej fazie wywożenia do obozu przyjechały podwody konne i Niemcy ogłosili, że wszyscy ranni zostaną przetransportowani do szpitala. Pamiętam, że kiedy tam leżałem, byłem tak osłabiony, że nie mogłem nawet sam się podnieść, ale kiedy już usiadłem, mogłem się poruszać. Miałem silną gorączkę, obandażowany byłem papierem toaletowym, bo nie było innych środków opatrunkowych. Poprosiłem kogoś, aby pomógł mi wstać, bo o własnych siłach nie byłem zdolny do tego. Ale zanim ktoś się pojawił, odwody już odjechały. Zostało nas może ok. 20. W pół godziny później przyjechały szpitale cywilne z Żoliborza i ranni cywile wymieszali się z powstańcami. Wpadli Niemcy z wielką awanturą krzycząc, że tu są jeszcze gdzieś wojskowi. Kiedy zażądali, aby wojskowi podnieśli się i pokazali, nikt się nie podniósł i dali nam spokój.
Tak się złożyło, że ze szpitalem cywilnym przyjechały znajome sanitariuszki. Zaopiekowały się moją osobą, zorganizowały jakieś jedzenie. Następnego dnia rano przyszła jedna z nich i mówi: „Masz jakiś dowód, to daj mi!” Miałem „kenkartę”, „ausweis” z miejsca pracy. Dałem jej te dokumenty, ale pytam „po co?” Usłyszałem tylko „Co cię obchodzi, daj dokumenty!”
Okazało się, że to była zorganizowana akcja wywiezienia wszystkich wojskowych z tej hali w jakieś bezpieczne miejsce. Wkrótce pojawiła się polsko-niemiecka komisja wojskowa i rozpoczęła kwalifikowanie do wyjazdu z obozu pruszkowskiego do szpitala. Okazało się, że ta lista, która sporządzała komisja była owszem przygotowana, ale była też i druga lista, na której udało się ulokować tych, którzy musieli szybko zniknąć ze szpitala, bo byli zagrożeni. Potem Niemcom podłożono do podpisu tę drugą listę, były tam osoby, które umieszczono na furmankach w celu wywiezienia poza teren Dulagu. Było to dwadzieścia parę osób. Wyjechaliśmy furmankami do Tworek, gdzie przesiedliśmy się do kolejki EKD. Nie wiedziałem, dokąd chcą nas skierować.
Tę całą akcję zorganizowała dr Zofia Kiełbasińska. Dobrze zapamiętałem to nazwisko, bo ona osobiście nas wywiozła i przez cały czas towarzyszyła nam w czasie transportu. Niemcy wiedzieli, ile osób przeznaczono do eskorty tych dwóch furmanek. Przy liczeniu osób opuszczających obóz jeden (zdrowy) wojskowy, który zdobył opaskę Czerwonego Krzyża schował się za furmankę i szczęśliwie udało mu się uciec pod osłoną naszego transportu.
W Tworkach wsadzono nas do kolejki EKD. Jadąc pomyślałem, że może nas wiozą do Grodziska lub gdzieś po drodze zostawią np. w Podkowie. Czułem się jeszcze na tyle silny, że po peronie poruszałem się o własnych siłach a przy wchodzeniu pomogłem innemu rannemu, który miał poparzone obie ręce. Kiedy dojechaliśmy do Grudowa i zorientowałem się, że jesteśmy w Milanówku, bardzo się ucieszyłem, bo przecież miałem tu wujka Kazimierza Rasiewicza (brat mojej matki). W drodze z Grudowa do centrum Milanówka kolejka zatrzymała się przy ul. Prostej obok willi „Perełka”. Ale okazało się, że w szpitalu, który mieścił się właśnie w tej willi nie było miejsca. Wtedy przetransportowano nas do końcowej stacji i ulokowano na pierwszym piętrze w tzw. Domu Piekarskiego. Niektórzy z nas z trudem się poruszali, niektórych transportowano na noszach. Byłem tak potwornie wymęczony chorobą, osłabiony, że nie mogłem się ruszyć, brakowało mi sił. Wspomniana dr Kiełbasińska widząc mnie w takim stanie, podeszła i zapytała „Dlaczego siedzisz? Jesteśmy na miejscu, wysiadaj!” Mówię na to: „Nie mam zupełnie sił, nie jestem w stanie się ruszyć.” Pamiętam, że była to kobieta mojego wzrostu, wzięła mnie pod pachę i z trudem dźwigając moje częściowo bezwładne ciało pomogła mi wysiąść z wagonu i zaprowadziła do domu Piekarskiego i tam mnie posadziła. Dr Kiełbasińską wspominam zawsze ze wzruszeniem. To była bardzo uczynna dla ludzi osoba. Mówiono, że to nie lekarka, ale tak ją tytułowano. Najważniejsze, że pomagała nam wszystkim.2
W Domu Piekarskiego ulokowano nas w długim korytarzu na pierwszym piętrze. Usiedliśmy wycieńczeni na podłodze. Znalazłem miejsce pod drzwiami jakiegoś mieszkania. W pewnej chwili otworzyły się drzwi, jakaś nieznajoma pani wyniosła mi siennik i po chwili poczęstowała mnie kawą zbożową z mlekiem. Po Powstaniu i po okresie tułaczki to było coś rewelacyjnego, jeszcze do dziś dnia czuję smak tej gorącej kawy. Zapytała mnie, czy mam znajomych w Milanówku. Kiedy powiedziałem jej, że mam wujka i podałem adres, obiecała następnego dnia powiadomić rodzinę (już zaczęła się godzina policyjna). Obiecała, że następnego dnia pójdzie pod wskazany adres. W tym korytarzu zorganizowała mi jakieś spanie na sienniku. Następnego dnia wcześnie rano powiadomiła wuja o moim przybyciu. Natychmiast zjawił się wysłannik rodziny informując, że ktoś przyjdzie do mnie. I rzeczywiście, ku mojej wielkiej radości, pojawiła się we własnej osobie moja matka. Okazało się, że rodzicom udało się wcześniej wyjść z Warszawy, przejść przez te wszystkie niemieckie posterunki i dotrzeć od Milanówka. Okazało się, że jest dla mnie miejsce na werandzie willi „Perełka” (w tej chwili już tej werandy nie ma). Leżało tam nas siedmiu, czy ośmiu, dokładnie nie pamiętam. Tu poddano mnie leczeniu, które trwało do połowy listopada. Ok. 10 października wydobyto odłamek, który mnie zranił i przez cały czas tkwił w ciele. Ważył ok. 12 dkg. Zachowałem go na pamiątkę. Zajmował się mną jakiś student medycyny, którego nazwiska nie pamiętam. Pielęgniarką, która bardzo często miała tam dyżury była Zosia Piekarska. Często brała nocne dyżury i wtedy wiele godzin z nią przegadaliśmy. Z lekarzy pamiętam dr. Marzinka.3 Po zakończeniu tego leczenia, które odbywało się w bardzo ciężkich warunkach, przeniosłem się do domu rodziców przy ul. Dworskiej (obecnie Kościuszki).
Leczyłem się dalej, ręka była w kiepskim stanie, dopiero w grudniu zdjęto mi ją z temblaka. Trzeba był z czegoś żyć. Ojciec powrócił do krawiectwa. Od chwili wkroczenia Rosjan do Milanówka, skończyły się możliwości zarobkowe. Ludzie nie mieli pieniędzy. Okupacyjne niemieckie złotówki straciły swoją ważność. Po okazaniu kenkarty wymieniano tylko 500 złotówek. Po wielogodzinnym staniu w kolejkach udało się przysługującą kwotę wymienić, ale to było mało. Wszyscy szukali możliwości zarobkowania i to najróżniejszych. Pamiętam, że na naszej posesji rosła wielka sosna. Synowie pani Wojtyniakowej ścieli ją, porąbali na kawałki, ja z moim bratem chodziliśmy po Milanówku sprzedając to drewno. Pewnego razu otrzymaliśmy zamówienie dostarczenia drewna na Podgórną. Udaliśmy się z bratem pod wskazany adres. Zostawiłem brata na ulicy z taczkami a sam udałem się w kierunku domu. Kiedy dotarłem do drzwi zdziwiło mnie to, że w drzwiach nie ma klamki. Zapukałem i widzę że drzwi się otwierają, a w nich ukazuje się żołnierz rosyjski zapraszając do środka tonem nie budzącym wątpliwości, że nie ma odwrotu. Przesłuchano mnie i nakazano pozostać, ponieważ był to typowy „kocioł” jakich wiele organizowano w Milanówku, w celu aresztowania „podejrzanych Polaków”. Przesiedziałem tam dwa dni, wraz ze mną w kotle znalazła się znana śpiewaczka Barbara Kostrzewska, słynny spiker Polskiego Radia Tadeusz Bocheński, który umilał nam czas recytacją wierszy.
Czy po zakończeniu wojny pozostał Pan już z rodziną w Milanówku?
- Nie. Wkrótce potem w lutym lub marcu przenieśliśmy się z całą rodziną do Warszawy. Rozpocząłem kontynuację nauki w Liceum Technicznym. W Warszawie mieszkałem do 1950 r. Ożeniłem się i wraz z żoną przeniosłem się „na tymczasem” do Milanówka. Pracę natomiast podjąłem w Warszawie w warsztatach głównych PKS. Studia rozpocząłem w 1948 r., musiałem jednak je przerwać, bo UB zaczęło mi deptać po piętach. W podobnej sytuacji znalazło się wielu innych uczestników Powstania należących do AK. Ponownie podjąłem studia, ale już zaocznie, po przeniesieniu się do pracy w MIFAM-ie w 1954 r. W nowym zakładzie produkcyjnym potrzebowali technologa więc skorzystałem i podjąłem pracę, następnie przechodząc różne szczeble kariery (aż do dyrektora technicznego) dotarłem do emerytury w 1990 r.
Ten trudny i okrutny okres – wojna i okupacja niemiecka – i moje wspomnienia tak odległe a jednocześnie tak bliskie – pozostaną w mojej pamięci na zawsze.

W sobotę 26 lipca w wieku 71 lat zmarł Piotr Krasnodębski z rodziny wielce zasłużonej nie tylko dla Milanówka, ale i Polski. Pożegnalne nabożeństwo żałobne odbędzie się 31 lipca (czwartek) o godz. 11.00 w kościele parafialnym pw. św. Jadwigi Śląskiej, po czym nastąpi wyprowadzenie zwłok na miejscowy cmentarz. Cześć Jego Pamięci!
na naszych stronach internetowych.


