Dziennik osobisty - 1939-1945 (cz. 1)
© Copyright by Towarzystwo Miłośników Milanówka
Wszelkie prawa zastrzeżone! Prosimy nie kopiować!
Zgodnie z zapowiedzią publikujemy pierwszy fragment „dziennika”, który z chwilą wybuchu wojny zaczęła prowadzić młoda mieszkanka Milanówka Anna Teresa Hładowska. Miała wówczas nieco ponad 13 lat. Prowadzenie „dziennika” zakończyła w październiku 1945 r. Dziennik jest bardzo interesującym zapisem wydarzeń w naszym mieście, postrzeganych oczami młodej osoby, która wraz z matką i innymi członkami rodziny znalazła się w nowej rzeczywistości i musiała sobie radzić.
Do jej zapisków skrzętnie notowanych w zeszytach dotarliśmy dopiero niedawno. Udało nam się również dotrzeć do autorki, która żyje i mieszka we Wrocławiu. Jej obecne nazwisko to Anna Koch. Wkrótce przyjedzie odwiedzić miasto swojego dzieciństwa i młodości - Milanówek. Wówczas przeprowadzimy z nią i zamieścimy na naszych stronach rozmowę dotyczącą lat wojny, skonfrontujemy wspomnienia z tym co znajduje się w dzienniku.
Następny odcinek dziennika zamieścimy na naszych stronach już za tydzień, a potem kolejne. Całość dość obszernego „dziennika” ukaże się w przygotowywanej do druku kolejnej książce o Milanówku. Będą też interesujące zdjęcia z lat okupacji.
TMM
*
Wakacje w 1939 r. spędziłam z moją mamą i kuzynami Januszem i Leszkiem Taturami u naszej ciotecznej siostry Ireny Ostaszewskiej. Ona i jej mąż mieli majątek ziemski za Jarosławiem, były tam konie, krowy, rzeka, las, pola - słowem wielka wolność dla nas dzieci.
Wielkim przeżyciem dla nas były wypadki po rozpoczęciu wojny 1.09.1.939. Roman Ostaszewski był oficerem Wojska Polskiego i posłem na Sejm. Gdy nastąpił odwrót polskich wojsk w kierunku granicy rumuńskiej, moja siostra z mężem wyjechali swoim samochodem też w kierunku granicy rumuńskiej, zabierając ze sobą Janusza i Leszka. Ja z mamą zostałyśmy na miejscu. Zaraz po ich wyjeździe nadeszło wojsko niemieckie ale na wsi prawie nie było ich widać, raz tylko jadąc do lekarza w sprawie mojej chorej mamy spotkałam pierwszy raz żołnierza niemieckiego, prowadzącego zarekwirowaną krowę. Potem w ogóle nie widziało się Niemców, aż do momentu wycofania się ich z tamtych terenów tj. 22 września a już słyszało się o wkroczeniu Moskali.1
Gdy Moskale wkroczyli, zaraz odbył się rabunek majątku. Ukraińcy ze wsi wdarli się do dworu i zabierali co mogli - porcelanę z kredensu firany, zasłony, tłukąc lustra, szyby i lampy. Wyprowadzali konie, krowy i inny inwentarz łącznie z maszynami rolniczymi.
Ja z mamą byłyśmy w naszym gościnnym pokoju, gdy pod okno podszedł żołnierz radziecki, pytając „kto wy?”, „a gdzie pany?” Na odpowiedź, że właściciele czyli „pany” wyjechali a my jesteśmy gośćmi odpowiedział „uciekajcie, bo was zabiją”. Mama spakowała naszą walizeczkę i przemknęłyśmy się z tyłu domu przez pola, potem do lasu wzdłuż którego doszłyśmy do wsi do domu siostry kucharki. Tam się ukrywałyśmy. Mieszkałyśmy w jednej izbie z gospodarzami. Izba nie miała podłogi tylko klepisko, gospodarze spali na piecu a spałam na drewnianej ławie tzw. bambetlu, który miał w każdej szczelinie setki pluskiew. Pluskwy tak mnie żarły, że ciało moje było pokryte w czerwone centki. Gospodyni była na tyle dobra, że wyniosła kiedyś ten wspaniały mebel na podwórze i parzyła wrzątkiem otwory. Część pluskiew zginęła i już mniej mnie żarły.
Moja mama była chora, prawdopodobnie miała nerwicę żołądka wynikłą z tragicznej sytuacji, w jakiej znalazłyśmy się. W całej wsi pełno było wojska radzieckiego, granicę ustanowiono na Sanie. Byłyśmy odcięte od naszego domu i ojca a o Ostaszewskich i moich braciach słuch zaginął.
Jak potem opowiadała moja siostra Irena, oni jechali w kierunku granicy rumuńskiej i nocowali w jednym majątku u znajomych. Tam w nocy zostali otoczeni przez Moskali, aresztowani razem ze wszystkimi przebywającymi tam uciekinierami i przewiezieni do więzienia w Czortkowie. Moja siostra Irena i Janusz z Leszkiem zostali na wolności. Janusz z Leszkiem przedarli się przez zieloną granicę i wrócili do Milanówka do rodziców. Irena zatrzymała się we Lwowie ukrywając się i pracując jako sprzątaczka i pomoc u krawca.
Ja z mamą ukrywając się przezimowałyśmy na wsi. Doznałyśmy wielkiej pomocy od dobrych, wieśniaków. Miałyśmy ze sobą tylko letnie rzeczy. Otrzymałam od ludzi walonki (wysokie buty z wojłoku), sweter, płaszcz oraz osobiste rzeczy. Wstydziłam się chodzić w tych darowanych rzeczach ale nie miałam wyboru.
Mama przerabiała ze mną kurs VI klasy, aby nie tracić roku, zarabiała korepetycjami a także wróżyła z kart i w ten sposób otrzymywała parę jaj, chleb lub cukier.
Anna Teresa Hładowska
Anna Teresa Hładowska, 2007-09-01 12:58:32