Dziennik osobisty - 1939-1945 (cz. 2)
© Copyright by Towarzystwo Miłośników Milanówka
Wszelkie prawa zastrzeżone! Prosimy nie kopiować!
W styczniu i lutym 1940 r. - widziałyśmy przez okno wywózki ludzi na Sybir. Pozostał mi do dziś ten widok ludzi na saniach, konwojowanych przez Kozaków w papachach lub wojłokowych czapkach w szpic u góry. Wywożeni - to byli osadnicy, posiadacze ziemscy, policja i ich rodziny.
W maju 1940 r. - był jakiś układ, miedzy Niemcami a Związkiem Radzieckim. Polegał on na tym, że można było starać się o powrót do tzw. Generalnej Gubernii tym samym do Milanówka, do domu.
W Przemyślu była specjalna komisja niemiecka, która przyjmowała zgłoszenia. Po dwóch tygodniach codziennego wystawania w kilometrowej kolejce od świtu, otrzymałyśmy zezwolenie na przejazd do Przemyśla w Generalnej Guberni. Tam czekał na ludzi podstęp, mianowicie rozpoczęła się selekcja kierowania ludzi na roboty przymusowe do Niemiec. Łaźnia, odwszanie (właśnie po tym odwszeniu, śpiąc na słomie na podłodze dostałam okropnych wszy w warkoczach). Mamie i mnie udało się uratować. Ja nie miałam jeszcze 14-u lat i zezwolono nam na powrót do Milanówka.
25 maja 1940 r. - po dziewięciomiesięcznej gehennie nareszcie wróciłam do Milanówka. Zamieszkałyśmy w domu przy ul. Długiej na Chrzanowie cioci Heli Taturowej (siostry mojej mamy), gdyż nasz dom przy ul. Krasińskiego został zajęty, przez obcych ludzi, przepadły moje piękne książki z lat dziecinnych.
Warunki materialne są trudne, chleb - oczywiście czarny - na kartki 0,25kg na osobę. Wydają 2 razy w tygodniu oraz marmolada. Rano na śniadanie pijemy kawę zbożową oraz jemy ten chleb z marmoladą.
28 maja 1940 r. - zaczęłam chodzić do szkoły, pytano mnie często z różnych przedmiotów, ponieważ nie chodziłam cały rok, ale że mama dobrze mnie przygotowała przez te wszystkie miesiące, zdałam do VII klasy. Gdyby nie było wojny zdawałabym do gimnazjum i nosiłabym mundurek z niebieskim lampasem (licealiści mieli czerwone lampasy). Był to szczyt marzeń.
Dni są piękne, wieczorem chodzę na nabożeństwa majowe, kościół jest pełen ludzi.
27 czerwca 1940 r. - mama otworzyła do spółki z siostrą Marią sklep spożywczo-kolonialny przy ul. Dworskiej 60, na który trzeba było mieć z Urzędu Gminy specjalne zezwolenie, tak jak na przydział kartek spożywczych, co wiązało się z otrzymywaniem większych przydziałów artykułów spożywczych. Za sklepem w ogrodzie jest domek gdzie zamieszkamy, jest to pokój z kuchnią bez żadnych wygód (studnia żuraw a ubikacja okropna, gdzie zaraz za przepierzeniem z desek p. J. Sikorski pędzi bimber, schodzą się tam odbiorcy, znajomi i konspiratorzy.1 W tym pokoju z kuchnią mieszkamy w pięć osób - mama, tatuś, ja i dwie siostry mojej mamy. Na zimę trzeba będzie wnieść tzw. „kozę”. Jest to żelazny piecyk z rurą, którym dogrzewa się mieszkanie węglem. Słowem będzie to pełnia szczęścia. Tatuś przywozi mi do czytania piękne książki - powieści i baśnie dla młodzieży, opowiadania i geograficzne.
Brzydkie w tym roku wakacje. Deszcz leje i leje jak gdyby ubolewał nad światem. Jednak nie pomoże takie ubolewanie, bo coraz gorzej się zanosi. Od dziś nie będziemy mieli proboszcza ks. Zasady, został aresztowany, dziś wiele osób aresztowano i wywieziono (15.VII. 1940 r. ).
26 lipca 1940 r. - zawsze moje imieniny obchodziłam w Tuchli lub Więckowicach u wujka Władka (brat mamy). Na obiad były zawsze kurczaki a na podwieczorek Tort Syberyjski, największy mój przysmak, ale nie tylko mój. Lecz cóż, zagłębiać się w miłych wspomnieniach, gdy rzeczywistość jest okrutna. Byliśmy na odpuście w Grodzisku (kościół pod wezwaniem św. Anny) potem w gościnie u p. Janiny Jankowskie j, ale niestety p. Czesław Jankowski został wywieziony do Oświęcimia. Państwo Jankowscy - to przyjaciele naszej rodziny. Mają dwie córki czarnooką Bożenkę i blondynkę Teresę, wziętą z sierocińca po śmierci ich pierwszej córki Krysi (16 lat po balu w szkole dostała zapalenia płuc i tzw. galopujące suchoty).
28 lipca 1940 r. - Bardzo lubię czytać książki. Tyle jest pięknych i interesujących dzieł i utworów oraz powieści. Zagłębiam się i zapominam o wszystkim. Obecnie czytam Kornela Makuszyńskiego „Panna z mokrą głową” – „Irenka ma 15 lat”. Czytam też Ossendowskiego, Krasińskiego i Sienkiewicza. Dziś rano byłam z Hanią Bartosik u naszego ukochanego nauczyciela Wacława Wdowiaka. Ma wielką czuprynę i chodzi skromnie ubrany. Uczy mnie od V klasy. W szkole był druhem harcerzy a także ma teraz u siebie bibliotekę szkolną, aby Niemcy nie zabrali polskich książek. Reperuje je, oprawia i nadpisuje.
1 września 1940 r. – To już rok wojny. Tego dnia nikt nie wychodził na ulicę. Tyle doznaliśmy przez ten rok wstrząsających przeżyć. Szczęśliwie jesteśmy cali i zdrowi, ale dusza cierpi. Chodzę do szkoły przy ul. Kaprys do 7-mej klasy. Nasza klasa liczy 37 uczniów i mieści się na I piętrze. Mamy 8 przedmiotów - arytmetyka, jęz. polski, przyroda, higiena, religia, śpiew, roboty i gimnastyka. Bardzo wesoło jest w szkole, śmiechy, dowcipy, plotki. Uczymy się teraz z przyrody o mleku i przetworach mlecznych oraz o tłuszczach. Z polskiego uczymy się i przerabiamy „Ojca zadżumionych”.
Wrzesień 1940 r. - Pierwszy raz po wybuchu wojny byłam w Warszawie. Jakże ona się zmieniła. Dworca starego nie ma. Wszędzie widać zbrodniczą rękę wojny. Najgorsze zniszczenia są za Żelazną Bramą. Tam piętrzą się tylko czerwone cegły i sterczą kominy. Jechałam sama kolejką a na Grodzkiej spotkał mnie tatuś. Za Żelazną Bramą robiliśmy zakupy do sklepu. Kupowaliśmy pieprz, herbatę, drożdże i stynki (drobniutkie rybki w 10 kg puszkach), Mimo wojny wystawy są zapchane towarami, łakociami i ubraniami. Są też na wystawach portrety żołnierzy niemieckich, wielkie obrazy malowane na płótnie jak np. kanclerza Hitlera, Ribbentropa, Goeringa i lotników.
18 października 1940 r. - Dziś rano przyszło do szkoły paru oficerów niemieckich. Mierzyli i oglądali klasy. W szkole aż zaroiło się. Dzieci biegały jak opętane, tknięte złym przeczuciem. My tzn. 7-a klasa zebraliśmy się na górze. Chłopcy podnosili w górę krzesła i wygrażali, że nie puszczą do naszej klasy oficerów. Gdy jednak drzwi otworzyły się i weszli barczyste chłopy w siwych mundurach o ogorzałych twarzach a z nimi pan kierownik Kazimierz Uniejewski, bohaterstwo skończyło się na uprzednich pogróżkach. Uczniowie wstali i zrobiła się wielka cisza. Zaczęli mierzyć długość i szerokość klasy a wieczorem już zajęli całą szkołę a nam dali wakacje.
29 października 1940 r. - Mamy nową szkołę przy ulicy Literackiej 10 jednak nie wszystkie klasy mieszczą się u p. Piotra Borkowskiego, część została przeniesiona na plebanię. My 7-ma klasa mamy ładną małą klasę. Nasza klasa jest „na oku”, bo naprzeciwko drzwi do kancelarii i jak zaczynamy hałasować to zaraz zagląda do nas pan Uniejewski. Miejsca do grania w piłkę mamy moc, bo za domem jest cały las.
7 listopada 1940 r. - Mam kłopoty ze sklepem, komorne jeszcze nie zapłacone, utarg jest marny. Zabraniają trzymać wędliny, pieczywo, masło, mleko. Więc czym handlować?! Wszystkie te artykuły należy ukrywać, jeżeli zdecyduje się je mieć. Jeżdżę po zakupy do Warszawy. Mam legitymację szkolną, która trochę chroni przed łapanką lub kontrolą a bilet kosztuje tylko 1 zł.
Żydów w Warszawie odgradzają murem i po pewnym czasie nie będą mogli wychodzić ze swojej dzielnicy.
admin, 2007-09-12 06:30:00