Powrót do Milanówka...
W Powstaniu Warszawskim bezpośrednio uczestniczyło ok. 40 mieszkańców Milanówka, jednym z nich był inż. Zbigniew Kamiński. Wielu z nich  poległo w czasie walk, niektórzy trafili do obozów jenieckich i tam zmarli. Kilku zostało rannych, ale szczęśliwie uratowali się. Do jednego z nich dotarł red. A. Pettyn i przeprowadził wywiad.



Zbigniew Kamiński
, pseudonim „Złamaniec”.
Urodził się 15 stycznia 1926 r. w Warszawie.
Harcerz Plutonu 227 – autor książki, która powstała
na podstawie relacji z Powstania Warszawskiego
widzianych oczyma pisanych przez członków Plutonu 227


I strona okładki książki, która została wydana w Milanówku przez wydawnictwo "AWH Bożena"




Andrzej Pettyn: Kiedy Pana rodzina trafiła do Milanówka?

Zbigniew Kamiński: Moja rodzina związała się z Milanówkiem jeszcze przed II wojną światową. Mieszkaliśmy wtedy w samym centrum w Warszawie róg Marszałkowskiej i Wilczej, ale ojciec z matką doszli do wniosku, że warto kupić jakąś parcelę poza miastem, aby wolne chwile spędzać w ciszy i spokoju. Kupili więc w 1937 roku od rodziny Figaczów plac w Milanówku i postawili na nim dom „nibyletniskowy”, ale faktycznie można w nim było mieszkać przez cały rok. W pamięci utkwiły mi wakacje w 1938 r., kiedy wiele czasu spędziliśmy przy wykańczaniu domu. Pracowaliśmy z rodzicami pomagając i wykonując różne prace budowlane.

Czy pamięta Pan co zadecydowało o wyborze Milanówka?

     - Myślę, że pewien wpływ na wybór Milanówka i postawienie tu domu miał fakt, że mieszkał tu brat mojej matki, a więc były kontakty rodzinne, a ponadto rodzicom spodobała się ta miejscowość, coś ich tu zafascynowało, może ten idealny spokój, piękna przyroda. Na stałe mieszkaliśmy jednak w Warszawie, tu bywaliśmy tylko w okresie lata i w niedziele.

Dom Wasz powstał wiec tuż przed wybuchem wojny?

     - Tak, dokładnie. Pamiętam, że w 1939 r. przebywaliśmy w Milanówku dłużej, ale kiedy w sierpniu owego roku ojca powołano do wojska, skróciliśmy pobyt i pojechaliśmy do Warszawy nie zdając sobie sprawy, że wojna jest aż tak blisko.

Czy nie lepiej więc było zostać w Milanówku?

     - Proponowano matce by została z nami w Milanówku uzasadniając to tym, że w takiej małej miejscowości w przypadku wybuchu wojny będzie bezpieczniej, ale zwyciężył pogląd, że to właśnie w mieście będzie lepiej,  co nie do końca okazało się dobre. Zostawiliśmy wtedy dom pod opieką pani Wojtyniakowej, wdowy z trojgiem dzieci i pojechaliśmy do Warszawy. W czasie okupacji przez cały czas mieszkaliśmy w śródmieściu Warszawy, rodzice pracowali, ja chodziłem do szkoły. Po skończeniu szkoły im. Konarskiego w 1943 r., szkoła miała profil mechaniczny (na taką naukę Niemcy pozwalali), skierowano nas wszystkich – absolwentów szkoły - do pracy na Okęciu. Absolwenci szkoły im. Konarskiego pracowali w zapleczu technicznym lotniska Okęcie przy drobnych naprawach wyposażenia samolotów oraz samych płatowców. Okęcie było w tym czasie lotniskiem wojskowym. Mnie udało się znaleźć inne zatrudnienie.

Obowiązywały nakazy pracy, jak więc udało się Panu tego uniknąć?

     - Mój ojciec był krawcem w Warszawie, a wiec miał klientelę z terenu stolicy. Jednym z klientów ojca jeszcze sprzed wojny był Polak inżynier Jenike, współwłaściciel firmy Bracia Jenike Wytwórnia Wind i Dźwigów przy ul. Podskarbińskiej na Grochowie. Niemcy zajęli im halę produkcyjną i zorganizowali w niej naprawę samochodów dla wojska na prawach zakładu zbrojeniowego.  Właśnie ten Jenike załatwił mi zatrudnienie w swojej firmie w charakterze pomocnika montera podwoziowego przy remoncie samochodów. Tam pracowałem aż do wybuchu Powstania. W tym czasie, a nawet nieco wcześniej, bo w 1942 r. wstąpiłem do Szarych Szeregów.

Powiedział Pan, że Pan wstąpił, jakby to było  tak bardzo proste

     - Do konspiracji rzeczywiście wstąpiłem, ale to trochę trwało, wciągnął mnie mój przedwojenny zastępowy z ZHP, z przedwojennej 99 Warszawskiej Drużyny Harcerzy im. księcia Jeremiego Korybut-Wisniowieckiego.

Dla współczesnej młodzieży to już odległe czasy, może wiec zechce Pan opowiedzieć, jak wyglądały w czasie okupacji wasze harcerskie spotkania, zbiórki…?

     - Oczywiście złożyliśmy przysięgę na przyniesiony przez drużynowego sztandar. Szkolenie prowadzone było wg programu Szarych Szeregów „Dziś, Jutro, Pojutrze”. Szkolenie na „Dziś” – to konspiracja i przygotowanie się do walki jawnej, „Jutro” – to okres walki jawnej, „Jutro” – to okres walki jawnej zaś „Pojutrze” to okres powojennej odbudowy kraju. Najważniejszą dla nas sprawą było to, że zaczęliśmy szkolenie wojskowe. Na to wszyscy czekali. Były to na początku zajęcia teoretyczne, a więc szkolenie z terenoznawstwa polegające na posługiwaniu się busolą i mapą oraz robienie szkiców. Przedstawiano korzyści płynące z doskonałej znajomości topografii miasta i umiejętnego poruszania się po mieście. W terenie odbywały się ćwiczenia z korzystania ze zrobionych przez siebie szkiców. Sporządzano również szkice                                                                                  marszowe dotyczące obszaru poza miastem. Naukę taktyki walk w mieście i w polu przeprowadzano na makietach. Najbardziej nudną częścią tego szkolenia były podstawy służby garnizonowej oraz musztra indywidualna i zbiorowa w niezbędnym zakresie.

Od początku 1944 roku rozpoczęło się szkolenie w zakresie budowy, obsługi i posługiwania się bronią. Odbywało się szkolenie na najbardziej popularnej broni, takiej jak karabin typu Mauser, pistolet maszynowy Sten i Szmajser; pistolety automatyczne Kolt, Parabellum, Vis oraz granaty zaczepne i obronne. Rozpoczęło się również szkolenie w terenie. Jeździliśmy do lasów skierniewickich i do Świdra.

Czy spotkania, zbiórki sprowadzały się wyłącznie do udziału w szkoleniach wojskowych?

     - Obok szkolenia wojskowego prowadzona była normalna praca harcerska. Szykowaliśmy się do zdobywania wyższych stopni harcerskich, jak również sprawności, które mogły być przydatne w czasie powstania. Na takich harcerskich zbiórkach nie było „wojska", za to były kominki i gawędy oraz ciche śpiewanie przedwojennych piosenek harcerskich jak i aktualnych konspiracyjnych.

Poza szkoleniem wojskowym i harcerskim nasz  zastęp brał udział w różnego rodzaju akcjach takich jak: naklejanie na murach afiszy informujących mieszkańców Warszawy o aktualnych sprawach, podrzucanie ulotek, prowadzenie wywiadu (obserwacja ulic) itp. Zajmowano się również kolportażem prasy konspiracyjnej.

Nadszedł 1 sierpnia i moment koncentracji, gdzie Pan się znalazł w wyniku przydziału? Ile Pan miał wtedy lat, gdy wybuchło Powstanie?

     - Miałem wtedy prawie 19 lat. Znalazłem się w obwodzie „Żywiciel” w zgrupowaniu „Żyrafa”, w plutonie harcerskim 227 na Żoliborzu. Początkowo mieliśmy stanowić pluton osłony dowództwa Żoliborza, ale „Żywiciel” – ppłk. Mieczysław Niedzielski - powiedział, że on nie musi mieć specjalnej osłony. Ponieważ załoga na Żoliborzu nie była zbyt liczna, więc skierowano nas do walki liniowej.

      W czasie walk w przedostatnim dniu Powstania zostałem ranny, dostałem się do szpitala powstańczego na Żoliborzu i kiedy Niemcy zajęli ten szpital, to zaczęli natychmiast przeprowadzać ewakuację. Osoby o zdrowych nogach zostały zmuszone do ewakuacji pieszo pod eskortą. Inne rany powyżej nóg Niemców nie interesowały, ważne było by ranny mógł przemieszczać się na własnych nogach. Ja byłem ranny w lewy bark, miałem fatalnie roztrzaskany bark (zresztą po dzień dzisiejszy nie mogę normalnie poruszać ręką, bo bark jest całkowicie zniszczony), więc mnie zakwalifikowali do wymarszu. Popędzili nas z Żoliborza pieszo do   Pionierparku na Powązkach, a stamtąd samochodami przewieziono nas do Pruszkowa, gdzie znajdował się obóz przejściowy. Niemcy zastali mnie rannego w szpitalu wojskowym, dlatego też traktowano mnie jak jeńca wojennego.

W Pruszkowie trafiliśmy do dwóch wielkich hal warsztatów naprawy taboru kolejowego na Żbikowie (nr 7 i 8), gdzie mieścił się tzw. Dulag. W jednej z hal trzymano zdrowych, a w drugiej rannych. Obie hale były przepełnione rannymi.

Jak się Panu udało wydostać stamtąd?

     - Zdrowych wywieźli do  obozu jenieckiego, nas – rannych - chwilowo zatrzymali. Cały mój pobyt w Pruszkowie trwał pięć dni. Mnie również groziło wywiezienie do obozu, ale szczęśliwym trafem w końcowej fazie wywożenia do obozu przyjechały podwody konne i Niemcy ogłosili, że wszyscy ranni zostaną przetransportowani do szpitala. Pamiętam, że kiedy tam leżałem, byłem tak osłabiony, że nie mogłem nawet sam się podnieść, ale kiedy już usiadłem, mogłem się poruszać. Miałem silną gorączkę, obandażowany byłem papierem toaletowym, bo nie było innych środków opatrunkowych. Poprosiłem kogoś, aby pomógł mi wstać, bo o własnych siłach nie byłem  zdolny do tego. Ale zanim ktoś się pojawił, odwody już odjechały. Zostało nas może ok. 20. W pół godziny później przyjechały szpitale cywilne z Żoliborza i ranni cywile wymieszali się z powstańcami. Wpadli Niemcy z wielką awanturą krzycząc, że tu są jeszcze gdzieś wojskowi. Kiedy zażądali, aby wojskowi podnieśli się i pokazali, nikt się  nie podniósł i dali nam spokój.

      Tak się złożyło, że ze szpitalem cywilnym przyjechały znajome sanitariuszki. Zaopiekowały się moją osobą, zorganizowały jakieś jedzenie. Następnego dnia rano przyszła jedna z nich i mówi: „Masz jakiś dowód, to daj mi!” Miałem „kenkartę”, „ausweis” z miejsca pracy. Dałem jej te dokumenty, ale pytam „po co?” Usłyszałem tylko „Co cię obchodzi, daj dokumenty!”

      Okazało się, że to była zorganizowana akcja wywiezienia wszystkich wojskowych z tej hali w jakieś bezpieczne miejsce. Wkrótce pojawiła się polsko-niemiecka komisja wojskowa i rozpoczęła kwalifikowanie do wyjazdu z obozu pruszkowskiego do szpitala. Okazało się, że ta lista, która sporządzała komisja była owszem przygotowana, ale była też i druga lista,  na której udało się ulokować tych, którzy musieli szybko zniknąć ze szpitala, bo byli zagrożeni. Potem Niemcom podłożono do podpisu tę drugą listę, były tam osoby, które umieszczono na furmankach w celu wywiezienia poza teren Dulagu. Było to dwadzieścia parę osób. Wyjechaliśmy furmankami do Tworek, gdzie przesiedliśmy się do kolejki EKD. Nie wiedziałem, dokąd chcą nas skierować.

      Tę całą akcję zorganizowała dr Zofia Kiełbasińska. Dobrze zapamiętałem to nazwisko, bo ona osobiście nas wywiozła i przez cały czas towarzyszyła nam w czasie transportu. Niemcy wiedzieli, ile osób przeznaczono do eskorty tych dwóch furmanek. Przy liczeniu osób opuszczających obóz jeden (zdrowy) wojskowy, który zdobył opaskę Czerwonego Krzyża schował się za furmankę i szczęśliwie udało mu się uciec pod osłoną naszego transportu.

      W Tworkach wsadzono nas do kolejki EKD. Jadąc pomyślałem, że może nas wiozą do Grodziska lub gdzieś po drodze zostawią np. w Podkowie. Czułem się jeszcze na tyle silny, że po peronie poruszałem się o własnych siłach a przy wchodzeniu pomogłem innemu rannemu, który miał poparzone obie ręce. Kiedy dojechaliśmy do Grudowa i zorientowałem się, że jesteśmy w Milanówku, bardzo się ucieszyłem, bo przecież miałem tu wujka Kazimierza Rasiewicza (brat mojej matki). W drodze z Grudowa do centrum Milanówka kolejka zatrzymała się przy ul. Prostej obok willi „Perełka”. Ale okazało się, że w szpitalu, który mieścił się właśnie w tej willi nie było miejsca. Wtedy przetransportowano nas do końcowej stacji i ulokowano na pierwszym piętrze w tzw. Domu Piekarskiego. Niektórzy z nas z trudem się poruszali, niektórych transportowano na noszach. Byłem tak potwornie wymęczony chorobą, osłabiony, że nie mogłem się ruszyć, brakowało mi sił. Wspomniana dr Kiełbasińska widząc mnie w takim stanie, podeszła i zapytała „Dlaczego siedzisz? Jesteśmy na miejscu, wysiadaj!” Mówię na to: „Nie mam zupełnie sił, nie jestem w stanie się ruszyć.” Pamiętam, że była to kobieta mojego wzrostu, wzięła mnie pod pachę i z trudem dźwigając moje częściowo bezwładne ciało pomogła mi wysiąść z wagonu i zaprowadziła do domu Piekarskiego i tam mnie posadziła. Dr Kiełbasińską wspominam zawsze ze wzruszeniem. To była bardzo uczynna dla ludzi osoba. Mówiono, że to nie lekarka, ale tak ją tytułowano. Najważniejsze, że pomagała nam wszystkim.2

     W Domu Piekarskiego ulokowano nas w długim korytarzu na pierwszym piętrze. Usiedliśmy wycieńczeni na podłodze. Znalazłem miejsce pod drzwiami jakiegoś mieszkania. W pewnej chwili otworzyły się drzwi, jakaś nieznajoma pani wyniosła mi siennik i po chwili poczęstowała mnie kawą zbożową z mlekiem. Po Powstaniu i po okresie tułaczki to było coś rewelacyjnego, jeszcze do dziś dnia czuję smak tej gorącej kawy. Zapytała mnie, czy mam znajomych w Milanówku. Kiedy powiedziałem jej, że mam wujka i podałem adres, obiecała następnego dnia powiadomić rodzinę (już zaczęła się godzina policyjna). Obiecała, że następnego dnia pójdzie pod wskazany adres. W tym korytarzu zorganizowała mi jakieś spanie na sienniku. Następnego dnia wcześnie rano powiadomiła wuja o moim przybyciu. Natychmiast zjawił się wysłannik rodziny informując, że ktoś przyjdzie do mnie. I rzeczywiście, ku mojej wielkiej radości, pojawiła się we własnej osobie  moja matka. Okazało się, że rodzicom udało się wcześniej wyjść z Warszawy, przejść przez te wszystkie niemieckie posterunki i dotrzeć od Milanówka. Okazało się, że jest dla mnie miejsce na werandzie willi „Perełka” (w tej chwili już tej werandy nie ma). Leżało tam nas siedmiu, czy ośmiu, dokładnie nie pamiętam. Tu poddano mnie leczeniu, które trwało do połowy listopada. Ok. 10 października wydobyto odłamek, który mnie zranił i przez cały czas tkwił w ciele. Ważył ok. 12 dkg. Zachowałem go na pamiątkę. Zajmował się mną jakiś student medycyny, którego nazwiska nie pamiętam. Pielęgniarką, która bardzo często miała tam dyżury była Zosia Piekarska. Często brała nocne dyżury i wtedy wiele godzin z nią przegadaliśmy. Z lekarzy pamiętam dr. Marzinka.3  Po zakończeniu tego leczenia, które odbywało się w bardzo ciężkich warunkach, przeniosłem się do domu rodziców przy ul. Dworskiej (obecnie Kościuszki).

      Leczyłem się dalej, ręka była w kiepskim stanie, dopiero w grudniu zdjęto mi ją z temblaka. Trzeba był z czegoś żyć. Ojciec powrócił do krawiectwa. Od chwili wkroczenia Rosjan do Milanówka, skończyły się możliwości zarobkowe. Ludzie nie mieli pieniędzy. Okupacyjne niemieckie złotówki straciły swoją ważność. Po okazaniu kenkarty wymieniano tylko 500 złotówek. Po wielogodzinnym  staniu w kolejkach udało się przysługującą kwotę wymienić, ale to było mało. Wszyscy szukali możliwości zarobkowania i to najróżniejszych. Pamiętam, że na naszej posesji rosła wielka sosna. Synowie pani Wojtyniakowej ścieli ją, porąbali na kawałki, ja z moim bratem chodziliśmy po Milanówku sprzedając to drewno. Pewnego razu otrzymaliśmy zamówienie dostarczenia drewna na Podgórną. Udaliśmy się z bratem pod wskazany adres. Zostawiłem brata na ulicy z taczkami a sam udałem się w kierunku domu. Kiedy dotarłem do drzwi zdziwiło mnie to, że w drzwiach nie ma klamki. Zapukałem i widzę że drzwi się otwierają, a w nich ukazuje się żołnierz rosyjski zapraszając do środka tonem nie budzącym wątpliwości, że nie ma odwrotu. Przesłuchano mnie i nakazano pozostać, ponieważ był to typowy „kocioł” jakich wiele organizowano w Milanówku, w celu aresztowania „podejrzanych Polaków”. Przesiedziałem tam dwa dni, wraz ze mną w kotle znalazła się znana śpiewaczka Barbara Kostrzewska, słynny spiker Polskiego Radia Tadeusz Bocheński, który umilał nam czas recytacją wierszy.

Czy po zakończeniu wojny pozostał Pan już z rodziną w Milanówku?

     - Nie. Wkrótce potem w lutym lub marcu przenieśliśmy się z całą rodziną do Warszawy. Rozpocząłem kontynuację nauki w Liceum Technicznym. W Warszawie mieszkałem do 1950 r. Ożeniłem się i wraz z żoną przeniosłem się „na tymczasem” do Milanówka. Pracę natomiast podjąłem w Warszawie w warsztatach głównych PKS. Studia rozpocząłem w 1948 r., musiałem jednak je przerwać, bo UB zaczęło mi deptać po piętach. W podobnej sytuacji znalazło się wielu innych uczestników Powstania należących do AK. Ponownie podjąłem studia, ale już zaocznie, po przeniesieniu się do pracy w MIFAM-ie w 1954 r. W nowym zakładzie produkcyjnym potrzebowali technologa więc skorzystałem i podjąłem pracę, następnie przechodząc różne szczeble kariery (aż do dyrektora technicznego) dotarłem do emerytury w 1990 r.

Ten trudny i okrutny okres – wojna i okupacja niemiecka – i moje wspomnienia tak odległe a jednocześnie tak bliskie – pozostaną w mojej pamięci na zawsze. 

                                                Rozmawiał Andrzej Pettyn

Zbigniew Kamiński, 2008-07-30 05:25:27